1. Opowiadanie „Odpust w Grodźcu” Walentego Krząszcza

Odpust w Grodźcu


    Zorza poranna rozgorzała się na wschodniem niebie, zblakły ostatnie gwiazdy a świat zroszony zalał się purpurowym blaskiem. Ozwały się harmonijnym akordem dzwony kościoła grodzieckiego, a równocześnie huknęły strzały moździerzowe, budząc w ocknionych ze snu pagórkach lesistych grzmiące echa.  Wnet też rozwarły się naoścież połyskiwające okna i drzwi w chatach i domkach, ozwały się wszędzie radosne okrzyki i nawoływania.
    - Odpust dziśka u nas, odpust, ludkowie złoci!
    Pasterze, których w innych dniach gwałtem było trzeba z legowiska za nogi ściągać, ubrali się chyżo i wypędzali z pośpiechem bydło na pastwiska. Ażeby je mogli dzisiaj prędzej zawrzyć a potem, co tchu na odpust pospieszyć. Gaździnki poczęły się gorączkowo krzątać około przyrządzenia różnych potraw dla gości, którzy zazwyczaj w odpust w odwiedziny przychodzą. Dziewczyny prasowały naprędce kabotki, czyściły żywotki, suknie, trzewiczki, boć to w odpust grodziecki zjawia się z dala i bliska cala armia kawalerów, ładnych i brzydkich. Starych i młodych, bogatych i chudych na kieszeni, a wszystkim trzeba się jakoś przypodobać. Młodzieńcy grodzieccy również nie zasypywali gruszek w popiele. Golili się, strzygli, myli w ciepłej a potem zimnej wodzie, żeby nadać twarzy junacką świeżość, czyścili łańcuszki od zegarków, g1ansowali buty. Tylko gazdoszkowie, znużeni całotygodniową pracą na roli, przeciągali się rozkosznie w ciepłych pierzynach, paląc fajki i czytając „Gwiazdkę Cieszyńską”. Ubiorą się potem jako tako i pójdą też na odpust "porzykać".
    A już też przedzwonili na poranną Mszę św. Na miedzach i ścieżkach zrazu ukazali się z rzadka zdążający do kościoła. Byli to przeważnie ludzie starsi, niemający poza szczerym zamiarem odprawienia sobie godnego odpustu żadnego innego pobocznego celu świeckiego.
    - Hań downi, za młodych lat, tośmy sie też tak stroili na odpusty – prawili. - Nale dziśka, ludkowie mili, pfe! Na cóż to wszycko? Żeby se jeny pońboczkowi przypodobać i świętemu patronkowi Bartłomiejowi, to już bee wszycko dobre. Panienko Marylko!
    Pod kościołem wzdłuż drogi rozstawiali kramarze budy, układali na stolikach pierniki. cukierki, kołacze, sznury perełek, bawidełka i roztoliczne inne cudne świecidełka, skrzące się w promykach słonecznych. Przymawiali sobie przyjaźnie lub też kłócili się o te przedniejsze miejsca. Kościelny Kisiała krzątał się żywo między kościołem a farą, znosząc błyszczące tace do ofiary, ampułki z winem, kielichy, białe obrusy, łając gderliwym głosem ministrantów, którzy, zamiast przywlekać szaty do Mszy św., kręcili się bezustannie między kramarzami. Z otwartych okien fary dolatywał pobrzęk talerzy, szklanek, noży, widelcy, odzywały się głosy kłócących się kucharek. A ksiądz proboszcz, z jowialnym uśmiechem na ogorzałej twarzy, przechadzając się, w nowej sutannie koło zakrystii, zagadywał do żebraków, obdarowując ich hojnie miedziakami. Najwięcej jednak uwijał się gospodzki Kubaczka z pomocnikami, ustawiając beczułki z piwem, ławy i stoły w cieniu drzew, roznosząc kufle, flaszki, kieliszki po wszystkich kątach swej schludnej gospody.
    Pierwsza Msza św. niebawem się już skończyła. Złociste słońce, ziejąc żarem, unosiło się coraz wyżej na rozpogodzonej kopule niebieskiej, rzucając na rozkoszny świat strugi promiennych blasków. Upał wzmagał się z minuty na minutę. Dopiero teraz zaroiły się drogi, chodniki i miedze od ludu, ściągającego się zewsząd w stronę kościoła, którego strzelista wieża gotycka, kąpiąc się w słoneczku, panowała nad całą uroczą okolicą pagórkowatą.
    Ścisk, zgiełk i harmider między budami powiększał sie coraz więcej, skwarne powietrze napełniało się chaosem różnorodnych głosów i dźwięków. Tu wyciągali pasterze na piszczałkach przeraźliwe turlikania, tam znów przebijały sie różne tony harmonijek ustnych, wybuchały krótkie strzały z blaszanych pistoletów, przedzierały się chrapliwe nawoływania kramarzy, zachęcających do kupowania wszelakich kosztowności jarmarcznych. wybuchały raz wraz śmiechy i wykrzyki powitalne między spotykającymi się znajomymi. wydzierały się w niebogłosy śpiewy i utyskiwania dziadów, dolatywały urywczo od kościoła huczące basy organów, a w końcu zagrały szumnie wszystkie dzwony z wieży i huknęły strzały z moździerzy, że się niektóre baby z przerażenia za głowy chwytały.
    Bijące na gwałt dzwony oznajmiły, iż nadciągają z sąsiednich parafij procesje. Już było zdala słychać przeciągłe, powolne a majestatyczne dźwięki instrumentów dętych, wtórujących śpiewom procesyj, raz po razie w miarowych odstępach odzywał sie stłumiony huk na bębnach. Tu i ówdzie w dali, pomiędzy drzewami pojawiły się już nadchodzące, ogniste purpurowe płaty chorągwi kościelnych, chwiejących się w podmuchach powietrznych. Ksiądz proboszcz w towarzystwie ministrantów i kilku młodzieńców, dźwigających sztandary i chorągwie miejscowego kościoła, pędził spocony na przywitalne spotkanie najbliższej procesji.
    - Nale. dziwejcie sie ludzie - ozwały się głosy - jakosikej procesyja już idzie.
    - A Jak libeznie grają! Panienko święta!
    - To bee procesyj z Górek. Hej, ludzie, na rozstąpcie se przeca, zróbcie miejsce dlo gości. Wiecie, te Górczanie są honorow!
    - Jędrys Maryna, telkowni ludzie idą.
    - A hanej dali zaś jakosik inszo procesyj wa1i.
    - Te pewnie z Jaworza lebo z Josienice.
    - A luno tam trzecio z kępy ciągnie.
    - To be z Bielowicka lebo z Rudzice. Maryjko święta, toć ci narodu a narodu!
    - Anibych myślala - dziwiła się niezmiernie ta i owa stara kumotra - że na świecie może być telkawny naród.
    - Ja ja, a wszycko to pónbóczek stworzył, roztomili ludeczkowie.
    - I cblebiczkiern swoim żywią. Cuda, cuda Boski!
A kiedy już wszystkie procesje się ściągnęły, a na obszernym placu kolo kościoła niezliczona rzesza nabożnych sie skupiła, pojawił się na podniesionej ambonie, ustawionej w cieniu kasztanów jakiś obcy ksiądz kazatel.
    - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – rozpoczął kazanie i powiódł oczyma po kołysającem się morzu głów. Przybladł nieco jakby się troszeczkę przestraszył. Bo też to nie dziwota 1udkowie, do tylownego  narodu przemawiać.
    - Aż na wieki wieków amen - odpowiedział szum głosów.
    - Skad też to są wie1ebny? - pytał szeptem jeden drugiego.
    - Z pobIiska to nie są, gdyż ich tu wszyckich naokoło znomy. Może jakisik misjonarz z Cieszyna.
    - Lebo profesór od sztudentów. Złote okulary mają.
    - A mie sie wszycko zdo, że to są ten paterek co tu też kiesik w Grodźcu bywali, a tera kańsik w Katowicach „Gość Niedzielny" ukłodają.
    - Ale ba, co bajacie. Ten paterek nie nosili okularów a włosy mieli czorne.
    - Ba prawić.
    - Nie drzężcie tam babska i słóchejcie kozanio! – skarcił ich ktoś.
    Więc umilkli raptem i poczęli przysłuchiwać sie z nabożną miną kazaniu.
    A ów obcy „wielebny pón" opowiadali teraz właśnie o życiu świętego Bartłomieja, patrona kościoła grodzieckiego, o jego cnotach, zasługach, świątobliwości, a potem przeszli nieznacznie do omówienia obecnych czasów na tym to Bożym świecie.
    - Tak tak, moi mili w Chrystusie - mówili, potrzęsując smutnie głową. - Żeby się to ludzie tak szczerze miłowali...
    A tam na uboczu stało jakichś trzech gibczoków z czerwonemi krawatkarni na szyi. Z początku to tak tylko głowami drwiąco potrząsywali, jakby coś kpinkowali, następnie jednakowoż jęli się nieco uważniej i poważniej przysłuchiwać, a pod koniec kazania to dwaj z nich ściągli dyskretnie jaskrawe krawatki ze szyi i schowali je w kieszeniach. a ten trzeci przewrócił swoją naopak i miał naraz krawatkę czerwono-białą. No co powiecie na to ludkowie mili?
    Po kazaniu odprawili uroczystą sumę. Szkoda tylko, że się ani połowa odpustników w kościele, chociaż dosyć obszernym, pomieścić ni mogła. Większa ich część pozostała na placu przed kościołem, w skwarze słonecznym. Kto mógł, usiadł na jakimś kamieniu, schodzie, podniesieniu, oparł się to o drzewo, to o galandrę lub własny kij lebo parasol. Naraz ozwał się jękliwie dzwonek przy zakrystji. Przez mury kościelne przedarł się na zewnątrz warkot bębna, muzykanci huknęli na swych instrumentach, pan rechtór Pohl, wyciągnąwszy wszystkie registry, puścił samopas organy, a na wzgórzu rypnęły moździerze, że aż hen w niedalekich błękitnych Beskidach echem grzmotło…
    A niechże świat wie, że odprawiają odpust w Grodźcu. I zaintonowali hymn pełen zapału na cześć i chwałę Przenajświętszego, wystawionego właśnie przez księdza dziekana drżącemi rękami na głównym ołtarzu.
        Pozdrowiona bądź Hostio przewielebna,
        W której Jezusa ukrywa miłość dziwna....
    I zadrżał kościół w posadach od przemożnego chóru głosów ludzkich, tonów muzyki, warkotu bębnów, dźwięku dzwonków, podchwycił śpiew tłoczacy się przed kościołem lud, rozbrzmiała się przesłoneczniona atmosfera cudną harmonją, rzucając ją w dal, niosąc ponad lśniące pola, falujące zboża, bujne sady i laski i tamten stary, omszały zamek na wzgórzu, wyzierający zadumany z poza czubów rozległego parku, który od wieków tam stoi i tyle a tyle odpustów w Grodźcu już pamięta.
    A to słoneczko Boże, dosiągnąwszy szczytu firmamentu szafirowego, zalewało całą tę przecudną ziemię śląska oceanem złotego światła, krzesząc z krzyżów podniesionych sztandarów i chorągwi wibrujące iskierki, pryskające promyki, zapalając w sadach zielonawe ogniki, powlekając wieniec błękitnych gór het na horyzoncie połyskiwającą glazurą. A ten rozśpiewany ludek śląski jakąś niepojętą lubością boską przejęty, entuzjazmem porwany, pochylał nisko swe głowy, korzył się przed Stwórcą tego świata wielkiego a cudnego, wzdychał, łzy obfite ronił, modląc się żarliwie:
    - Och ty pónbóczku przenajmocny i miłosierny, zmiłuj się ach zmiłuj nad nami.
    - Cóż też to bee z nami, Jak nas tera w swą Opatrzność nie weźniesz?
    - Bo te czasy dzisiejsze są taki jakisikej dziwne a straszne, Jezu ukrzyżowany!
    - Dejże przeca narodom opamiętanie, bo źle sie wszycko skończy.
    - Niech se jednak co chce dzieje, my Ślązacy zawsze przy Tobie wiernie stać bedemy.
    - Bośmy mocno przy Tobie zawdy stoli i stoć bedemy.
    - Paninko Maryjo, stow se ty za narni, święty nasz patronie Bartłomieju, módlże se za nami!


 

 
23482